English (England)

Wpis 8

INDIE – JAK DOTARŁAM?

Chyba w poprzednim wcieleniu nosiłam sari…
Zawsze ciągnęło mnie do Indii, ta miłość trwa od wielu lat. Wujek alpinista opowiadał o wspinaczce w dalekich Indiach i Nepalu, a ja widziałam się wśród śniegów. Dodatkowo wyobraźnię pobudzały kolorowe stroje i batikowe spódnice w słonie, wtedy jeszcze nieliczne na naszym rynku. I specjalne zapachy kadzideł.

A potem, przed pierwszym wyjazdem, kiedy wyobrażałam sobie te Indie, widziałam - jakoś irracjonalnie - w Varanasi nad świętym Gangesem małe drewniane kramiki stojące w wąskich gliniastych uliczkach. Jakby tam nie miała dotrzeć cywilizacja i urbanistyka.


lightbox[PIIG]   lightbox[PIIG]   lightbox[PIIG]   lightbox[PIIG]   lightbox[PIIG]   lightbox[PIIG]
                     


Rzeczywistość okazała się bardziej „normalna”, były zwyczajne ulice i duże sklepy. Choć i tak stale wspominam jak pięknie wyglądały stare samochody ciężarowe wymalowane i udekorowane na cześć bóstw. Teraz już się tego raczej nie spotyka, może jedynie z okazji wielkich świąt. Bo w ciągu kilkunastu lat Indie poczyniły bardzo duży krok naprzód.
No, powiedzmy szczerze, przynajmniej w pewnych dziedzinach…

Pierwszy raz zawitałam do Indii w 1995 roku. Działając w Kole Naukowym Akademii Ekonomicznej w Katowicach miałam możliwość, w ramach Ekspedycji Naukowej poznania - choć trochę - tego dalekiego kraju. Program przewidywał wizyty w Ambasadzie RP i Biurze Radcy Handlowego, w Banku Światowym, Indyjskim Instytucie Finansów, Międzynarodowej Korporacji Finansowej, UNDP - Agendzie ONZ i w firmach zainteresowanych kontaktami w naszym kraju. Celem była analiza rozwoju gospodarki indyjskiej i perspektyw współpracy z Polską. Dzięki spotkaniom przygotowaliśmy raport oraz materiały pomocne w nawiązaniu kooperacji. Zyskaliśmy też prywatne kontakty, zarówno w Ambasadzie w New Delhi, jak też wśród Hindusów, do dziś koresponduję z Sighiem, działającym w branży chemicznej oraz profesorem Instytutu Finansów.

Przylecieliśmy 15 sierpnia, akurat w dniu Święta Niepodległości Indii. Pamiętam jakiś dziwny strach przed wyjściem z samolotu. Miesiące przygotowań zakończyły się i stanęliśmy na lotnisku Indiry Gandhi ze świadomością, że teraz już nie ma odwrotu. że musimy przeżyć. Jeszcze uderzenie gorącego wilgotnego powietrza, o godz.2:00 w nocy! Lotnisko przypomina wielki betonowy dworzec autobusowy.

Droga do hotelu, wśród chodzących wolno czy leżących krów i ludzi, śpiących na chodniku, tylko na jakiejś derce. Wtedy było to piorunujące wrażenie, potem ten widok spowszedniał.

Chyba do końca życia nie zapomnę tego adresu, wielokroć powtarzanego riksiarzom - „Jangpura, 7 Link Road, Tourist Holiday Home (nie House - jako bardziej przyjazny).

Szok gastronomiczny zaraz przy śniadaniu, kiedy podano nam omlety i grzanki z masłem i dżemem. Pomni, że w powietrzu fruwa wszelka zaraza, a jajka na pewno kryją salmonellę zjedliśmy tylko grzanki, a herbatę czy kawę przelewaliśmy do własnych kubków. Uczono nas, że wylewając część wrzątku z naczynia można wyparzyć jego brzeg, więc pozwoliliśmy sobie nawet na rozlanie płynu na podłogę. Po pewnym czasie rozsądek powrócił i brytyjskie śniadanie zaczęło sprawiać przyjemność. Chwilami zastanawiałam się, co myśleli sobie o nas ci służący, widząc spanikowanych, choć głodnych… A kiedy kolega skaleczył się i chciał przemyć ranę wodą z kranu, reszta krzyczała, że „nieee!!!”, bo przecież ameba.

Fakt, jeśli chodzi o wodę, konsekwentnie piliśmy tylko mineralną. Takiej używało się też do mycia zębów. Wystrzegaliśmy się wszelkiej „zielenizny” i surowych owoców, wszystko należało parzyć. Takie były początki…

Pierwszego dnia mieliśmy spotkanie w Ambasadzie i Biurze Radcy Handlowego. I od razu takie poczucie, że jesteśmy u siebie. Pan Ambasador Krzysztof Maria Byrski opowiadał barwnie o swej pracy i kontaktach z Hindusami. Wspominał, jakie wrażenie wywarła na nich jego znajomość hindi (jest profesorem indologii Uniwersytetu Warszawskiego), co zyskało powszechny szacunek i uznanie. Byliśmy podejmowani tradycyjną herbatą indyjską, bardzo słodką, z kardamonem i specjalnymi przyprawami. Ambasador zapewnił też o pomocy przy organizacji podjętych przez nas działań. A przy pożegnaniu rozpoznał we mnie dziewczynkę z warkoczami, którą spotykał u znajomych gazdów w Tatrach.

I faktycznie, tereny te szybko stały się naszym „domem”, zachodziliśmy, aby skorzystać z biura albo tylko w celach towarzyskich. Także na wypadek choroby mieliśmy listę lekarzy polecanych przez pracowników. A nawet pani z BRH osobiście „eskortowała” kolegę z bólem ucha do szpitala i lekarz przyjął go szybko, już, bez kolejki, bo „case of emergency”…

Ambasada mieści się w ekskluzywnej dzielnicy Chanakyapuri, przy Shanti Path 50-M, New Delhi 110021. To takie miejsce, gdzie raczej nie wypada podjeżdżać rikszą, czy przychodzić pieszo. Dziwnie czułam się, gdy wchodząc bocznym wejściem, byłam witana z atencją przez salutującego strażnika. A ja z jakimiś pakunkami. Zazwyczaj była to tylko torba „podręczna”, czasem też jakiś nowy nabytek. Zwłaszcza, że nieopodal znajduje się podziemny bazar (znam nazwę „U Nanaka”, ale nie wiem, czy to tylko jeden sklepik, czy dotyczy całego kompleksu). I tam były różne ciekawe towary, a zwłaszcza herbata w ślicznych opakowaniach. Ale tak wnosić do Ambasady? Czy tylko do części, gdzie były mieszkania pracowników? Wydawało mi się to trochę niestosowne. Rozwiewano moje opory tłumacząc, że przecież trzeba coś jeść, więc trzeba i nosić. Do Ambasady towary dostarczały samochody, lub czasem kupowali je służący, no, a my musieliśmy sami… A że nie jeżdżę taksówką? Bo jest taka ładna pogoda i miałam ochotę pospacerować. Tym bardziej, że często w taksówkach można było spotkać pchły, a nawet paść ich ofiarą, lubiły siedzieć w pluszowych pokryciach.

Istotnie, na oficjalne spotkania jeździliśmy tylko taksówkami, by wyglądać dostojniej. Bo już sam nasz młody wiek, a tym bardziej obecność kobiet mogła skreślać nas na wstępie. Szczęśliwie, Hindusi wykazywali się dużą tolerancją w tym względzie, zwłaszcza, że czasami towarzyszył nam Radca Handlowy, pan Daniel Zbytek.

Ale wracać mogliśmy już rikszą, i szybciej, i taniej, a przede wszystkim weselej! Pytanie – ilu pasażerów zmieści się do rikszy, gdzie ławeczka ma około metra? Czyli standard to dwie osoby dorosłe plus dziecko, z możliwością umieszczenia jeszcze bagażu z tyłu. Odpowiedź – dużo! Biorąc pod uwagę, że można przecież zająć też miejsce obok kierowcy (co wywołuje jego śmiech, zdziwienie, irytację, niechętne pochrumkiwanie czy wręcz głośne okrzyki niezadowolenia), a z tyłu da się siedzieć na kolanach, to razem 6! Czasami urządzaliśmy zawody, kto mniej zapłaci za rikszę. Bo nigdy nie należy czekać na cenę podaną przez rikszarza. Trzeba albo z góry ustalić kwotę, albo też jechać na „Meter”. Choć niechętnie chcieli włączać licznik lub starali się jeździć w kółko, aby cena była wyższa. Po pewnym czasie już mogłam prowadzić rikszarza, aby nie kluczył w drodze do Ambasady.

Idąc na spotkanie z Hindusami należało się liczyć z możliwością opóźnienia. I to bez względu na rangę instytucji, czasem można było czekać nawet godzinę. Choć należy uczciwie przyznać, że taka niepunktualność z jednej strony rodzi także „odpuszczanie sobie” u innych. I raz to czekano na nas… Zostaliśmy też mile zaskoczeni i uhonorowani, przy wejściu na Uniwersytet Delhijski stała tablica informująca o spotkaniu z polskimi studentami.

Wielokroć było tak, że grupa dzieliła się i jechaliśmy w różne miejsca. Pamiętam dzień, kiedy na kolejne spotkanie musiałam dostać się prawie na drugi koniec miasta, a przy tym jeszcze odebrać kolegę z hotelu. Środek dnia, upał, człowiek zgrzany, ledwo żywy. Powiedziałam więc tylko riksiarzowi, żeby na mnie chwilę zaczekał, w domu szybki wskok pod prysznic, zmiana garderoby i z mokrymi włosami możemy jechać dalej. Po co je suszyć, wszak za chwilę i tak znów spłynę potem. A że pan posiedział 20 minut? Pewnie z przyjemnością czekał. Nie dopytywał gdzie jestem, rozmawiał spokojnie z obsługą hotelu wiedząc, że nie ucieknę, bo gdzie…

Popołudniami, gdy się jeszcze chciało, a przede wszystkim mniejszy skwar pozwalał w miarę normalnie funkcjonować, był dobry czas na zwiedzanie. Czasem w asyście Hindusa pracującego w naszej Ambasadzie. Z Rakeshem dotarliśmy do kompleksu Qutab Minar, gdzie króluje najwyższy na świecie (ponad 70 m) wolnostojący minaret. Mieni się kolorem użytego piaskowca oraz różnymi stylami poszczególnych „pięter”, objaśniono nam, że na przestrzeni wieków budowniczy starali się nadać indywidualny styl swojemu fragmentowi wieży. Tuż obok Iron Pillar, żelazna iglica z IV wieku, która nie wiedzieć czemu – dotąd nie zardzewiała. Według przepowiedni objęcie słupa ma spełnić życzenia. Teraz już jest tam płotek, nie każdy może wejść, nam się jeszcze udało. Stałam tyłem, podczas gdy panowie skutecznie starali się, abym połączyła palce… A Rakesh pełnił rolę przewodnika. Podobnie było w Agrze, ale tam obsługa, nie chcąc tracić pieniędzy, przeganiała go. Więc w czapce z daszkiem udawał Włocha, a opowiadał na boku, aby nikogo nie drażnić.

Mnie ten wyjazd nie był dany. W nocy przed wyjazdem okazało się, że jeden kolega „odpłynął”, miał wysoką gorączkę i zupełnie nie wiedział, co się z nim dzieje. Pytanie: co robimy? Ostatecznie zapadła decyzja, że zostaję z nim. Miałam stosowne leki na żołądek, wiedziałam coś o zatruciach, więc byłam najlepszą kandydatką na pielęgniarkę… Z uwagi na koszty, koledzy i koleżanki zwolnili swoje pokoje, a cały bagaż ulokowany został w naszym. Zostawiono mi nóż, gaz łzawiący, kazano zaryglować drzwi. I jeszcze miałam tą całą listę lekarzy.

No, i zostałam, wystraszona, w pierwszym tygodniu pobytu w Indiach! Sama, z ledwo żywym amatorem zimnych napojów. Bo okazało się w końcu, że nie zważając na przestrogi nie odmówił, gdy dodano mu lodu do napoju. A lód robiono ze zwykłej wody! Czyli orzeczono, że „będzie dobrze, ale swoje musi odcierpieć”. Przez dwa dni Krzysiu był nie do życia, cały czas spał. A przede wszystkim miał taki wstręt do jedzenia, iż musiałam wychodzić do innego pokoju, aby zjeść mój posiłek. A raczyłam się zwłaszcza smażonym serem paneer bądź zupą pomidorową z grzankami i serem, czyli zestaw faktycznie dosyć pachnący.

„Lady of the Mouse”, czyli właścicielka zachodziła kilkakrotnie i pytała „Is she well?”, zakładała, że w pokoju mogą być tylko dwie dziewczyny. Kiedy raz weszła głębiej do pokoju i zobaczyła chłopaka w pościeli, już więcej nie zajrzała. Ale po dwóch dniach kolega poczuł się na tyle dobrze, że pojechaliśmy nawet do ambasady, aby posiedzieć przy basenie.

A wartownik znów salutował i zapraszał do wejścia na własny polski grunt.

Grupa wróciła, zwiedzili Taj Mahal i Mathurę, miejsce narodzin Krishny. Krzysiu dostał bębenek, a ja perfumy – różane, o bardzo mocnym zapachu. Lecz zaraz ktoś mi je stłukł i przez kilka dni nie można było pozbyć się intensywnej woni.

Po zakończeniu programu nastąpił podział na mniejsze grupki (ogółem Ekspedycja liczyła 12 członków), w 3 osoby w miesiąc zdołaliśmy objechać prawie całe Indie dookoła. Tak, „objechać” to chyba właściwe słowo, bo chcieliśmy być wszędzie, zobaczyć co się da i trochę przeżyć. Kiedy opowiadałam Hindusom mówili, że widziałam nawet więcej aniżeli oni. Ale o tym już kiedy indziej…